Opowieść w formie bloga

od kukurydzy korzenia po butelkę wina

Zakładamy winnicę cz.9: Gra w pokera

Na ekranie mojego telefonu wyświetlają się enigmatyczne SMSy, najpierw “6”, potem “14”, wreszcie “21”. Nie, to nie jest suma nieprzerwanych a zarazem zbawiennych sekund podczas których Helenka jak zauroczona wpatruję się w Kotkę Pusię na kanale MiniMini+.

To też nie są numery totolotka lecz mierzona w metrach głębokość na której w danej chwili znajduje się ogromne wiertło o średnicy dwudziestu centymetrów. Od dwóch dni na naszej działce trwa walka o wodę.

Dużym argumentem w wyborze tej lokalizacji była ucieczka od miasta, od przeklętej cywilizacji, do miejsca gdzie prędzej spotkasz uczynnego dzika niż sąsiada, a tu jak na ironię, nawet nie minęło kilka tygodni, a my już główkujemy jak tu przybliżyc tą niechcianą cywilizacje do tego skrawka ostoji.

Od wczoraj ekipa wierci nam studnię. Tych ekip było już cztery, ale nie wierciły tylko wpadały na rekonesans. Jedna zaczęła od obsikiwania granic działki jakby to była ich sekretna metoda na wykrycie poziomu wód gruntowych. Inna była przekonana, że przyjeżdżają od razu na wiercenie, bez ustalenia takich błahych szczegółów jak cena. Jeszcze inna udawadniała mi wyższość metody udarowej nad wierconą. Studniarze, powoli dochodziłem do przekonania, władają tylko im zrozumiałym językiem.

Jedno jest natomiast pewne, nikt z nich nie wierzy w różdżkarzy a geopomiary to tylko teoretycznie dyrdymały dobre dla zareklamowania strony internetowej wykonawcy. W praktyce, ty wskazujesz miejsce gdzie chcesz mieć dziurę, studniarze odpalają swoją maszynę i ku wspólnej uciesze rozpoczyna się gra w pokera. Tylko szybko zdajesz sobie sprawę, że to nie jest ta przyjemna wersja piątkowego wieczoru u znajomych, tylko ta inna wersja, ustawiona na twoją niekorzyść, prosto z kasyna w Las Vegas. Metry lecą, ty panicznie mnożysz ile jesteś w plecy, a studniarz z nieukrytym uśmiechem krupiera dokręca dodatkowe wiertło. Teraz żałuję, że dzień wcześniej nie wykopałem pierwszego metra własną łopatą, przynajmniej zaoszczędziłbym kilka stówek, w sam raz na pieluchy dla Helenki.

Scroll to top