fbpx

Opowieść w formie bloga

od kukurydzy korzenia po butelkę wina

Zakładamy winnicę cz.12: Krótka historia obornika

Winiarz, na swojej drodze do ostatecznego szczęścia (czytaj: zakorkowanej butelki wina), podjąć musi kilkaset istotnych decyzji, które w mniejszym lub większym stopniu wpłyną na ostateczny kształt i jakość upragnionego produktu.

Nie wszystkie są decyzjami łatwymi, w stylu tak jest dobrze a tak jest źle, są bardziej w kształcie tak jest generalnie dobrze, ale nie tutaj, a tak jest źle, ale w twoim wypadku może okazać się, że jest dobrze…albo żle. Żeby jeszcze bardziej zagmatwać, każdy z zapytanych winiarzy ma inne doświadczenie, a co za tym idzie, odmienną opinie. Dorzuć do tego fakt, że decyzję i tak podjąć trzeba, bo matka natura na nikogo nie czeka, to nagle cały proces zakładania winnicy niewiele różni się od szukania przygód w kasynie.

Tak właśnie mam teraz – od tygodnia, śnię, jem i przetrawiam obornikiem, bynajmniej nie własnym. W wiosennych zaleceniach glebowych, Pan z ośrodka rolniczego proponuje mi nawóz sztuczny lub organiczny. Bynajmniej nie planujemy produkcji ekologicznej (co też samym w sobie było tematem debaty i jednej z tych wiążących decyzji). Nie mniej, jeżeli mam wybór, jestem z urzędu za środkami naturalnymi bo jak wiadomo, to co włożysz w glebę, wcześniej czy później, włożysz do żołądka.

Instynktownie wybraliśmy więc nawóz naturalny, lecz zamiast zamknąć te drzwi i schować klucz do kieszeni, od razu okazuje się, że ta decyzja to dopiero punkt startowy szeregu innych. Jaki obornik? Ptasi, krowi, koński a może pomiot kurzy? Świeży czy kompostowany? A gdzie go znaleźć? Jak załadować i przywieźć? Czy i jak magazynować, a może od razu rozprowadzić tylko czym? No i najważniejsze, ile to wszystko będzie kosztować?

Wdrażam się w temat i szybko zaczynam rozumieć, że wystarczy tylko jedno słabe ogniwo w tym łańcuszku zdarzeń, a całość niezwłocznie runie, jak domek z przegniłych kart. Uczę się na prędko, że najgorszy to obornik krowi mimo przyjaznego uosobienia samej krowy. Natomiast najlepszy to ptasi lecz z tym też trzeba uważać bo ma tyle w sobie azotu, że jak rozwścieczony pies lub niespełniona kobieta jest w stanie przegryźć przez wszystko co stoi na drodze.

Obornik koński czyli męski jest, jak powszechnie wiadomo, głupszym ale zgoła łagodniejszym i na to się decydujemy. Łapię więc za telefon i obdzwaniam podkrakowskie stadniny. Tutaj odkrywam wolną amerykankę, w jednej chcą 150 zł za tonę, w innej 40zł a w jeszcze innej oddadzą za darmo i nawet tyle ile potrzebuję.

Jednak moja radość nie trwa zbyt długo albowiem dowiaduję się, ze obornik który potrzebuję broń Boże nie może być świeżym, a jedynie kompostowanym, a taki to musi się przegryźć w swoim sosie przez co najmniej sześć miesięcy. Niestety, żadna stajnia, tym bardziej ta, która chce mi oddać końskie odchody, nie jest zainteresowana jego magazynowaniem tylko opylaniem na bieżąco bo jak wiadomo koń na strajk nie pójdzie i ogon wcześniej czy później podniesie.

Szybko kombinuję, a może przewieźć ten obornik i złożyć do wiosny na działce, lecz to też niewypał, bo zostawiona mierzwa na powietrzu traci zbyt dużo azotu i innych mikroelementów. Aby temu zapobiec, w ośrodku rolniczym proponują mi przykryć kupę obornika warstwą ziemi, coś w formie gigantycznej lepianki, co w najlepszym wypadku okoliczni odbiorą jako dowód na istnienie UFO, a w najgorszym, skończy się donosem o postanowieniu budynku bez pozwolenia. Mało praktyczne, odpada.

W chwilach desperacji myślę jeszcze o składowaniu ostatnio bardzo obfitych złóż Helenki w podwórkowym pojemniku na śmieci, lecz po szybkiej kalkulacji wychodzi mi, że potrzebowałbym mocy przerobowej całego żłobka, nie mówiąc już o zapchanym podwórku niebieskimi kubłami i desperackiej ich obronie przed chłopakami z MPO. Też odpada.

Z nadzieją, że jednak znajdę obornik przekompostowany, zagłębiam się także w temacie transportu bo coś mi się zdaje, że zlokalizować, nawet wdeptać w koński gnój to jedno, jednak przetransportować go i to w tonach to już całkowicie inna bajka. Dowiaduję się, że firmy przewozowe przeważnie inkasują za kurs, więc trzeba naturalnie znaleźć taką ciężarówkę która tych kursów dokona jak najmniej.

Zaczytuję się w temacie i znajduje, że istnieją takie drogowe mutanty, nazywają je patelniami – ogromne wywrotki przewożące do 25 ton materiałów drogowych, zwykle piasku czy kamienia. Znowu chwytam za telefon, niedaleko Rybnej jest kopalnia porfiru. Dodzwaniam się, przez pomyłkę do niewłaściwego działu, lecz bez znaczenia. Tłumaczę, że wiem, że to nie jest firma transportowa, ale, że te ich patelnie to już mi się śnią po nocach, a to, że są po sąsiedzku czy nie zrobiliby wielkiej przysługi na skalę co najmniej powiatu?

Pani niepewnie zaprzecza lecz daje mi jeszcze jeden telefon do spróbowania, przypuszczam, że do właściciela kopalni, gdzie miły, męski głoś odpowiada, że nie ma sprawy, patelni użyczą a najlepiej jakbym mu też załatwił obornik tylko świeży bo ma trochę pola i sam by go tam chętnie porozrzucał.

Tym oto sposobem jadę w piątek do stadniny z chytrym planem nakłonić właściciela do odłożenia stu ton mierzwy za co załatwię mu odbiór obornika świeżego co go teraz trapi po nocach bo pieczarkarze, co zwykle go odbierają, mieli jakąś awarie i kupa skarbów teraz sobie spoczywa niechciana. Natomiast od właściciela kopalni, komu pachnący obornik tak bardzo się przysłuży do przyszłorocznych plonów, nakłaniać będę o symboliczną kwotę za cztery patelnie, czyli sto ton transportu mierzwy przetworzonej. I kto tu powie, że sprawa końskiego guana nie jest materią zaiste delikatną.

Scroll to top