Opowieść w formie bloga

od kukurydzy korzenia po butelkę wina

Zakładamy winnicę #7: Z notatek mieszczucha

Dwa dni temu, staliśmy się bohaterami takiej oto wymiany:

ona: “Kochanie, kiedy jedziesz?”
on: “Pojadę, jak zrobią mi laskę”

Wstydziłbyś się, bo mówię o lasce Engera, półtorametrowym, stalowym kiju z wydrążonym środkiem którego z całej siły wpychasz do ziemi, okręcasz jak śrubę a następnie ciągniesz przeklinając tego kto ją tam wepchnął – czyli samego siebie. Ale na serio, dziękuję Ci Engerze, kimkolwiek byłeś lub nadal jesteś bo z pewnością nie wypada mi zawczasu stawiać Ciebie w poczet zmarłych jeśliś zdrowyś jak rybionek. Wczoraj, twój wynalazek, mimo dwóch pociętych palców, okazał się zbawienny.

Wiem o czym mówię bo kilka miesięcy wstecz kopałem jak opętany półmetrowe dołki tylko po to aby dosypać do reklamówki garstkę gliniastej gleby. Po dwudziestu takich wykopkach, gdy pot spływał ze mnie strumieniami a ręce piekły jak szalone, przyrzekłem sobie, że musi być lepsze rozwiązanie. I było, właśnie w formie naszej genialnej laski, którą obiecał mi zrobić, na zamówienie, przemiły pan z Poznańskiej Ps-stal.

Po co zamawiać jak można wypożyczyć w Okręgowej Stacji Chemicznej? Diabeł, jak zwykle najlepszy w szczegółach: ta wypożyczona pobiera próbkę tylko z dwudziestu centymetrów gleby a my, w wyjątkowym świecie wina, potrzebujemy z czterdziestu. Po prostu tak mamy, wszystko na opak. Teraz biegam po polu z tą nową laską i z komórką przy uchu uspakajam żonę, że zaraz z nią skończę, znaczy się z tą laską.

W międzyczasie, koparka kończy ostatnie zabiegi. Z zakrzaczonych tarasów ani śladu, jest równiutko jak na obrusie. Zagłębienia terenu też znikają. Ekipa spisuje się na medal. Pogoda też.

Zauważam jednak coś osobliwego. Tak jak wcześniej na mojej, tak teraz na sąsiedniej działce kombajn właśnie kończy obrabiać kukurydzę. Jeszcze pył na drodze za nim nie usiadł, a już pojawiają się okoliczni z workami aby zarekwirować to co maszyna przeoczyła. Od razu, tak na gorąco, nazywam ich “kukurydzoneros”, bo przypominają mi argentyńskich “cartoneos” czyli kartoniarzy. Nazwa pochodzi ze zwyczaju w Buenos Aires: wystawiasz na chodniku karton z niepotrzebnym już dobytkiem i zanim zdążysz się obrócić, nie wiedząc skąd pojawiają się amatorzy rzeczy użytecznych. W naturze, jak to mówią, nic nie ginie i z pewnością nic nie powinno się zmarnować. Co mnie raczej zaskakuje to nawet nie sam akt zbierania, lecz to jak bacznie wieś “obserwuje” i wszystko rejestruje wręcz momentalnie, nawet w miejscu takim jak nasze, wydawałoby się, że przez świat zapomnianym.

Scroll to top