Opowieść w formie bloga

od kukurydzy korzenia po butelkę wina

Zakładamy winnicę #6: Dzień czynu

Zaczęło się! Po jedenastu miesiącach planowania i analizowania, debatowania i spisywania, nagle, jak grom z nieba, nadszedł dzień czynu! Jak jakąś dziewicę kukurydzianą, przeszywa mnie dziwne podekcytowanie, co powoduje, że biegam bez celu wokół pola i nie mogę uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Ale konkrety. Pierwszy, to likwidacja dwóch zakrzaczonych tarasów. Kiedyś naturalne granice działek, dziś już tylko niepożądane bariery. Na szczęście graniczący wąwóz po części należy do działki, inaczej mielibyśmy istny ból głowy ze składowania tych wszystkich dzikich krzaków wyrwanych z miedzy, a tak nie będzie ani śladu bo przyroda zrobi swoje. Drugi konkret to przerzucenie nadwyżki gruntu z rozbieranych tarasów do kilku “dołków” dla wyrównania terenu co nam ułatwi życie przy stawianiu rusztowania. Na szczęście, pole do tej pory było uprawiane, ta słynna już kukurydza, więc odpada odchwaszczanie czy inne uzdatnianie gleby.

Wynajęte na ten cel koparka i ładowarka powinny uporać się ze wszystkim do trzech dni i chociaż pierwszy dzień jeszcze nie minął, to już nauczyłem się jednego: jeżeli chcesz spać spokojniej, umawiaj się z wykonawcami nie na godziny lecz na konkretne zadanie. Prawdopodobnie w tym wypadku to tylko moja paranoja i brak doświadczenia, ale cały czas wydaje mi się, że prace posuwają się ślimacznie a “godzinki nieubłagalnie lecą”.

Oczywiście prawda jest taka, że z podekscytowania i tak nie mogę spać. Nie wiem dlaczego, ale dopiero rozdział z ksiązki Gibbona o upadku cesarstwa rzymskiego w którym król Gotów Alaryk najeżdza Włochy (408 A.D.) zaszczepia w moim umyśle trochę odprężenia. Ale może to po prostu zmęczenie, bo oczy mi się kleją. Sprawdzam jeszcze prognozę pogody na pogodynce.pl modląc się resztkami energi o to, aby obecna “letnia” aura utrzymała się do końca tygodnia. Potem to już tylko ciemność.

Scroll to top