Opowieść w formie bloga

od kukurydzy korzenia po butelkę wina

Jak zakładamy winnice #1: Najpierw był błysk

Zastanawiam się, jak zacząć, jak ując ten wyjątkowy moment w którym uświadamiam sobie, że będę robił wino. Jednak dochodzę do wniosku, że chyba ten moment nie istnieje, że sam fakt, że jestem tu i teraz jest bardziej kulminacją życiowych zakrętów niż rezultatem jednego, pamiętnego wydarzenia.

Poza tym, ta opowieść ma być świadectwem zmagań, racjonalnym opisem. Jednak trudno pisać o racjonalności jeżeli na dzień dobry całe założenie jest nieracjonalne. Zwrot inwestycji po 15 latach i to zakładając, że będą plony i wyjdzie wino? Szaleństwo! Jest takie utarte powiedzenie, że aby zrobić małą fortunę na winie, najpierw trzeba wydać fortunę dużą. To nie odbiega daleko, w sumie to wcale nie odbiega od rzeczywistości. Więc co ja tu robię?

Aby ugryźć ten problem, myślę, że powinienem zacząć od siebie, przedstawić się. Mam 44 lata i całe dorosłe życie przeżyłem w mieście. Ale to by było za łatwe wytłumaczenie, bo jeżeli chciałbym mieszkać na wsi to po prostu zamieszkałbym na wsi. Tutaj mówimy o czymś znacznie więcej, o przejście na inną relacje człowiek, natura, otoczenie.

Przez lata robiłem to do czego czułem pasję. Najpierw to była polityka, potem świat internetu, następnie tańczyłem i uczyłem argentyńskie tango, a gdzieś pomiędzy pisałem do szuflady, czasami na półkę księgarni. Jednak jak spojrzę dzisiaj wstecz, wszystkie te zajęcia odbywały się w świecie wirtualnym, wymyślonym, wręcz ulotnym. I tu chyba tkwi diabeł. Do szczęścia brakowało mi czegoś namacalnego i takim właśnie jest uprawa winorośli.

Specjalnie piszę uprawa winorośli a nie produkcja wina, bo czym bardziej zagłębiam się w temat, tym bardziej zaczynam rozumieć, że są to dwa końce, może tego samego kija, ale jednak. Uprawa to obcowanie z przyrodą, z jej błogosławieństwami a nierzadko kaprysami. Uprawa to w dużej mierze bezsilność wobec tego co nas przewyższa, to zrozumienie, że mimo chęci i wysiłku często natura i tak z nas zakpi. Uprawa jest dla mnie próbą podporządkowania się naturze, coś co w świecie wirtualnym nie istnieje.

Przez siedem lat, co roku, spędzałem dwa miesiące w Argentynie. W zasadzie tylko w Buenos Aires, ucząc się tanga od mistrzów, jednocześnie przyrzekając sobie, że następnym razem zobaczę więcej kraju. Oczywiście co roku było tak samo, zanim pomyślałem o wypadzie za miasto, był czas na powrót. Dopiero w ostatnim roku “uciekłem” z Buenos do Mendozy. W drodze dostałem namiar na wspólnego znajomego który miał tam winnicę. Na miejscu zorientowałem się, że gdy mówił o winnicy, tak naprawdę mówił o polu na którym uprawiał winorośl i jak większość lokalnych farmerów odsprzedawał zbiory wielkim winiarniom. Podobnie jak reszta, pozostawiał sobie niewielką część winogron aby po godzinach stworzyć wino dla siebie i przyjaciół. Notabene, w ten sposób powstało powiedzenie “vino de casa”.

Przypomniała mi się ta wyprawa do Mendozy dlatego, bo uderzyło mnie wtedy jak powszechne było, że ci co uprawiali winogrona nigdy nie mieli styczności z etapem produkcji, nie dotykali butelki, nie doklejali etykiety. To tak jakby codziennie zawozić swoje dziecko do szkoły a nie być na zakończenie roku szkolnego. Potem dopiero doświadczyłem, że jest to raczej reguła niż wyjątek świata winiarskiego nie tylko w Argentynie, ale także w Europie.

Oczywiście w produkcji też polegamy na naturze (fermentacja, leżakowanie), lecz tutaj natura jest bardziej zamknięta w “laboratorium” winiarni, tutaj naturą możemy bezczelnie manipulować a jak się ona “ułoży” zależy przede wszystkim od wysiłku i talentu winiarza. Nie oznacza to oczywiście, że uprawa i produkcja są odseparowane. Inne utarte powiedzenie mówi, że ze złego winogrona dobrego wina nie zrobisz. Między jednym a drugim, istnieje intymna współzależność, są dwiema stronami tego samego medalu.

I tu może tkwi ten sekret. Butelka wina na stole to rezultat wielowymiarowego świata, który w jakiś nietłumaczalny sposób do mnie przemawia i bezlitośnie przyciągaja. Uprawa jest próbą cierpliwości, zmierzenia się ze sobą wobec czegoś większego. Uprawiając winogrona, wyobrażam siebie jako cierpliwego nauczyciela który niemal “za rękę” naprowadza swoich ulubieńców. Natomiast produkując wino, wyobrażam siebie jako artystę, który rozumiejąc reguły jest w stanie zaryzykować, dodać coś minimalnie od siebie jako ukłon wobec natury ale też wobec swojego indywidualnego DNA. Tak sobie przynajmniej to wszystko wmawiam.

PS: pisząc o tym, co mnie pobudziło do decyzji założenia winnicy, pozostał w moich ustach pewien niedosyt. Naturalnie nasuwa się pytanie, dlaczego właśnie wino a nie na przykład pszenica? Przecież to co pisałem o uprawie i działaniu w naturze dotyczy wszystkiego co zasiane i zaorane.

Jednak wino jest inne. Zakładając, że jesteśmy obecni nie tylko przy uprawie ale także przy produkcji, jesteśmy świadkami, najpierw metamorfozy z owocu w płyn, a potem istnych narodzin wyjątkowego dziecka (i tak co roku). Dziecka które, przy czułej opiece winiarza, nieprzerwanie się zmienia, nabiera charakteru, ewoluuje i przybiera unikalny wyraz miejsca i czasu. Oczywiście pod warunkiem, że ci wyjdzie jako “rodzic”, nie popełnisz błędu, ale jeśli nawet, to wino wybacza i co roku daje nową szanse.

“But wait, there is more!” – jak zwykle zachęcają sprzedawcy w reklamach telewizyjnych. Wino jest cywilizacyjnym mianownikiem, jest ucieleśnieniem biegu historii od czasów rzymskich aż po naszą rzeczywistość, jest podsumowaniem kim jesteśmy my, tu i teraz. Ale przede wszystkim, wino to dzielenie się radością życia, to rodzinny obiad przy stole, to wieczorne spotkanie z przyjaciółmi, to wstęp do stymulującej rozmowy. Czasami to także obraz człowieka pijącego samemu, bo w życiu tak też trzeba.

Scroll to top