Opowieść w formie bloga

od kukurydzy korzenia po butelkę wina

Jak Zakładamy Winnicę cz. 16: Te cholerne mszyce

Prowadzenie winnicy to jednak forma masochizmu. Nie może być innaczej, bo nie dość, że słono bulisz za wejściówkę do tego teatru życia, to zaraz po przekroczeniu progu bezzębna bileterka oznajmia, że podczas tego przedstawienia coś Ci przywali, tylko ona, z racji sędziwego wieku, już nie pamięta co i dokładnie kiedy.

Czyli siadasz nerwowo na krawędzi drewnianego fotelika, ciało spięte w formie obronnej i czekasz – samo to czekanie jest już cierpieniem. Najgorsze to, że nawet nie wiesz z której strony nastąpi ten cios. Może to być mszyca, która teraz wyżera hibernala, albo niewidzialny szpeciel, który ostatnio pogryzł seyvala. Może to być też grzyb, niedobór elementu albo ptak skubiący winorośl. Nawet kreta trudno wykluczyć.

Co nie polepsza sytuacji, to, że prowadząc winnice ekologiczną, jestem jak rycerz bez zbroi wrzucony w wir wojsk ciężkich. Na dodatek, zapomnieli mnie przeszkolić w machaniu mieczem a i tak wrzucili w sam środek natarcia. Radź sobie człowieku.

Od rana do wieczora coś się dzieje. Siedzę teraz u teściów i na te paskudne mszyce ważę wywar z bylicy, lub jak tutejsi mówią, piołunu. Jak to nie pomoże to przetestujemy pokrzywę lub jeszcze inną miksturę: woda, olej i płyn do mycia naczyń. Na szczęście naszą winnicę polubiły też biedronki, chyba dla nich wielka impreza bo jedne wcinają te cholernie robale a obok inne w radości kopulują. I bardzo dobrze. W tym momencie szybki przyrost naturalny jest jak najbardziej wskazany.

Scroll to top