Opowieść w formie bloga

od kukurydzy korzenia po butelkę wina

Jak zakładamy winnice #2: Tuż za miedzą

Mieszkając w Stanach, nauczyłem się mądrego przysłowia, że każdy dokonany czyn ma w sobie 1% inspiracji i 99% perspiracji. Oczywiście, sama decyzja założenia winnicy jest podstawą, lecz początkowa euforia ma to w sobie, że mija szybko jak głęboki sen, pozostawiając nas nieuchronnie w objęciach rzeczywistości.

I to właśnie wtedy trzeba działać, to właśnie wtedy zaczynają się “poty”.  Ale działać trzeba przemyślanie, postawić sobie pytania i szukać odpowiedzi. Ja zadałem sobie trzy: jakie wino, jaki areał i gdzie? Zacznę od tego ostatniego. Ogólnym wyznacznikiem była mapka którą znalazłem na portalu vinisfera.pl. Winogrono, aby dojrzeć, potrzebuje słońca i odpowiedniej temperatury. Zaznaczone na mapce żółte regiony to te których suma “ciepłych” dni w roku wystarcza. Z pewnością istnieją inne odizolowane miejsca z lokalnym mikroklimatem, ale zasadniczo, tylko tam uprawa ma sens.

 

Pomimo faktu, że mieszkamy w Krakowie i znajdowaliśmy się, według mapki, na odpowiednim obszarze, zdecydowaliśmy się szukać terenu w okolicach Wrocławia lub Jeleniej Góry. To z kilku powodów. Po pierwsze, w Małopolsce ziemia jest droga i rozdrobiona, natomiast w dolnośląskim i lubuskim można bez większej trudności zakupić kilku czy kilkunasto hektarowe pole w jednym kawałku i to po stosunkowo atrakcyjnej cenie. Po drugie, na zachodnich terenach “oddycha się” otwartą przestrzenią pól uprawnych czy lasów a w miasteczkach pozostał stary, przedwojenny klimat, czego budownicy socjalizmu na szczęście nie zdążyli oszpecić. Po trzecie, razem z Joanną uwielbiamy historię i pomysł zaadaptowania starego poniemieckiego folwarku na budynek winnicy bardzo nam przypadł do gustu. Po czwarte, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, chcieliśmy nowego początku, innymi słowy, chcieliśmy wyjechać z Krakowa.

I tak, przez ponad rok spędziłem dziesiątki jeżeli nie setki godzin na portalach ogłoszeniowych, na telefonach do pośredników nieruchomości a z autostradą A4 zżyliśmy się aż do tego stopnia, że panie obsługujące bramki zaczynały nas rozpoznawać. Znajdowaliśmy działki które inaczej wyglądały na zdjęciach niż w realu, miejsca do których dotarcie równałoby się z zerwanym podwoziem samochodu lub, pozostawienie bez nadzoru, szybkim jego zniknięciem. Na licytacji komorniczej pod Wrocławiem o mały włos nie kupiłem folwarku z ruiną romantycznego pałacu, co przyznam dzisiaj, byłoby tragedią nie tylko dla przyszłości samego zabytku – przynależna ziemia uprawna była płaska, zacieniona i podmokła. Przejechaliśmy południowo-zachodnią Polskę wdłuż i wszerz, jednak ani razu nie natrafiliśmy na miejsce o którym bez namysłu moglibyśmy powiedzieć “to jest to”.

Od czasu do czasu, w przerwach naszych “rolnych łowów”, odwiedzaliśmy rodziców Joanny w podkrakowskiej Sance. Podczas jednej z takich wizyt, zdecydowaliśmy się na przejażdżkę po nieznanych zakamarkach okolicy. Skręcaliśmy w przypadkowe drogi na chybił trafił, bardziej niż konkretnym celem, prowadzeni ciekawością tego co może się kryć za zakrętem. Jadąc jedną z takich dróg, przeforsowaliśmy tajemniczy wąwóz i wyjechaliśmy niespodziewanie na wzniesienie z którego rozprzestrzeniał się panoramiczny widok na Beskid a nawet gdzieniegdzie wynurzały się Tatry. Widok był istnie urzekający. Ale dopiero zaskoczyło mnie to, co ujrzałem za plecami. Przede mną stała góra, a konkretniej, stok wzniesienia – po szybkim potwierdzeniu kompasu w Iphonie – o idealnym południowo-zachodnim nachyleniu. To był jeden z tych momentów kiedy słowa są zbędne, kiedy wcześniejsze, tak logicznie ułożone argumenty, w jednej chwili rozpadają się jak domek z kart. Ten stok po prostu na nas czekał.

Oczywiście, chcieć to sobie można, nie wiedzieliśmy do kogo ten stok należy, czy do jednej lub więcej osób i w ogóle, czy jest na sprzedaż. Nie wiedzieliśmy dosłownie nic, tylko tyle, że jest to miejsce wyjątkowe. Jednak to nie był czas na lamenty. U podnóża wzniesienia dostrzegłem zagrodę i od razu włączył mi się wewnętrzny motorek działania. Dziadek który podszedł do mnie zza płota wykazywał nieufność. Gdy stwierdziłem, jak tutaj pięknie, jego nieufność tylko się pogłębiła. Potem nie było lepiej. Dowiedziałem się tylko, że góra ta należy do artysty z Krakowa. Na to Joanna nonszalancko oznajmiła, że nieopodal mieszka jej wujek i może on wie coś bliżej o właścicielu. Ano wiedział. Stok był rzeczywiście na sprzedaż, należał tylko do jednej osoby w formie krakowskiego rzeźbiarza, ale żeby tego było mało, gdy usłyszałem jego nazwisko stanąłem jak wryty, bo jeszcze nie tak dawno temu nie indziej jak w pomieszczeniu jego galerii urządzałem lekcje tanga! To nie był tylko znak z niebios, to było wręcz anielskie spoliczkowanie. To czego nie mogliśmy znaleźć setki kilometrów od Krakowa, znaleźliśmy praktycznie tuż za miedzą.

Scroll to top